Wiktoria zdobywczynią GRAND PRIX!

Nasza uczennica z klasy II, Wiktoria Onyszczuk, wygrała w kategorii literackiej (liceum) Ogólnopolski Konkurs Malarsko – Literacki „Moje krajobrazy” zorganizowany przez Liceum Plastyczne imienia Artura Grottgera w Supraślu.

Oto skrót oficjalnego komunikatu:

Dnia 21 lutego 2017 roku Jury w składzie:
1. Elżbieta Dąbrowicz – dr hab. w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu w Białymstoku
2. Danuta Zawadzka – dr hab. w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu w Białymstoku
3. Elżbieta Konończuk – dr hab. w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu w Białymstoku
po zapoznaniu się z pracami literackimi w liczbie 51, nadesłanymi na konkurs, postanowiło przyznać:
– w kategorii liceum:
grand prix – godło: Joanna, Wiktoria Onyszczuk, Liceum Plastyczne w Łomży, opowiadanie pt. Moje miasto.
I miejsce-godło: Ruczaj, Julia Winnicka, I LO w Białymstoku, opowiadanie Moje przeznaczenie
II miejsce -godło: MBABANA, Zofia Iwaszkiewicz ZSP Koszalin, wiersz Pejzaż letni spod pędzla
II miejsce– godło: Cogito, Katarzyna Rosicka, I LO w Białymstoku, wiersz Pojednanie
III miejsce– godło: Kuna, Klaudia Rybołowicz, II LO w Białymstoku, opowiadanie Odrowążowie.

Uważam, że praca Wiktorii jest bardzo dojrzała. Na szczególną uwagę zasługuje Jej przewrotna, niezwykła umiejętność postrzegania rzeczywistości. W krótkim tekście uczennica porusza tak wiele ważnych problemów. Wydawać by się mogło, że to opowiadanie napisała osoba z pokaźnym bagażem doświadczeń życiowych. Niepowtarzalny styl pracy (ironiczno – demaskatorski) robi duże wrażenie. Zresztą sami przeczytajcie!
Opiekun – Zbyszek Rutkowski

 

Moje miasto

Tutaj wszystko jest nowe, chociaż przecież używane. Ławki, migające neony, dźwięki, zapachy. Są bloki i kamienice, labirynty piwnic. Długie, długie schody, wąskie, wąskie korytarze. Klejące się pajęczyny i pastowane podłogi. Mleczne bary (i ulice), eleganckie lokale, wzloty i upadki (chociaż głównie upadki). Poobdzierane łokcie, siniaki na kolanach, brudne paznokcie i brudne sprawy. Są nieprzespane noce i zmarnowane dni. Zimne łóżka, koszmary, od których uciec można tylko w kolejny lęk. Bilety, mandaty, zawody i potoki słów. Takie, w których można się utopić. Ważne wydają się być lekcje nurkowania, jogi, medytacji (motywacji). Krok do przodu, dwa kroki w tył, jak gdyby grzęzło się w gęstej brei. Gęstej i oblepiającej każdą część ciała.
I znowu – głośna muzyka, brokat na powiekach, duże oczekiwania w małych mieszkaniach. W miastach powinno się bywać, zwracać uwagę (zwracać wszystko), znikać na koncertach i na chwilę – naprawdę nie istnieć. Są tu tupiące nogi, gęsty kurz, góry niepozmywanych naczyń. Podarte rajstopy, czerwone światła na przejściach, puste portfele i puste głowy.
W moim mieście mało się śpi. Dużo się chodzi, biega, jeździ. Taksówkami, autobusami, ruchomymi schodami. I zawsze jest się spóźnionym. Trzeba być spóźnionym, a jak przypadkiem spotka się kogoś znajomego, to naturalne, że mówi się, że jest się już bardzo spóźnionym. I że trzeba biec. Jakby się miało skrzydła, to nawet lecieć jak samolotem. Trzeba coś załatwić, za czymś gonić. Jak w wyścigu, w którym nikt nie wygrywa. Wszyscy zawodnicy, wcześniej czy później (chociaż zazwyczaj wcześniej), uświadamiają sobie niedorzeczne zasady tego maratonu. A i tak mało kto z niego rezygnuje. Nikt nie obiecywał złotych gór (nawet srebrnych, jakichkolwiek), nie ma żadnej mapy, GPS nie działa. Są kubki pełne kawy, zadeptane sznurowadła i podkrążone oczy.
W moim mieście (przynajmniej za dnia) trzeba się uśmiechać, mówić: ,,dzień dobry”, ,,wszystko w porządku”, nawet jeśli w głowie bałagan większy niż w torebce. Na przykład, trzeba robić wrażenie, nosić zegarek i notatnik. Uśmiechać się, podawać dłoń, klaskać i komplementować. Są tu przecież kamery, komputery i wiele par oczu. Rejestrują, podglądają, przekazują. Są plotki, listy gończe, słowa, które zwalają z nóg. Na zimną posadzkę, głową w dół, bez spadochronu, bez ostrzeżenia.
Nocą moje miasto wygląda trochę inaczej. Nocą wszyscy ludzie są brzydsi, chorzy, jak gdyby urodzili się z genem destrukcji, ujawniającym się tylko po zmroku. Są smutni i nikt nie pyta: ,,dlaczego?” i nie trzeba się uśmiechać, ani zapewniać, że wszystko w porządku. Wyglądają tak, jakby czerń nieba zdzierała całą tę maskę, o którą za dnia każdy z nich troszczy się z maniakalną starannością. Nocą trzeba być uważnym, robić uniki, nie dotykać spojeń płytek chodnikowych i nie gubić guzików od marynarek. Najlepiej byłoby nie gubić niczego, ale o to raczej trudno i najczęściej traci się głowę.
Moje miasto nocą, wbrew pozorom, wcale nie śpi, nawet jeśli żadna latarnia nie świeci i nie słychać dzwoniących telefonów. Nie ma już tego pośpiechu, wszyscy są spóźnieni, ale nikt nie biegnie. Są ciche kroki, głośne basy, gorzki posmak w ustach i połamane paznokcie. Są potłuczone szklanki, poplątane włosy, rozmazane szminki, roztopione kostki lodu. Jest cała masa rzeczy i przypadków. Tylko snu nie ma.
W moim mieście żyje mnóstwo ludzi. W różnym wieku. Są dzieci. Między innymi. Dzieci zazwyczaj mają wszystko, co powinny mieć. Mają mamę i tatę, albo mamę i mamę, albo (najrzadziej) tatę i tatę. Zdarza się, że mają tylko mamę, albo tylko tatę, albo (rzadziej) nikogo. Dzieci najchętniej spędzają czas na zabawie. Mają samochodziki, lalki, sztuczne robaki i prawdziwe upiory. Te ostatnie są najgorsze, bo najtrudniej jest się ich pozbyć. Prawie nikomu się to nie udaje. Upiory konserwują dzieci, nie pozwalając im nigdy dorosnąć. Nawet jeśli ich ciała się wydłużają, zmieniają kształty, nawet gdy zaczynają się marszczyć. Upiory są różne, mieszkają w szafach, pod łóżkami, w warkoczach, za kołnierzami. Nie można ich zobaczyć, ale one tam są i każdy doskonale o tym wie.
O upiorach się nie mówi. Nie można o nich mówić, w każdym razie nie wolno tego robić na głos. Dzieci jeszcze tego nie wiedzą. Nie wiedzą, bo są dziećmi i czasem mówią. Ale one nie wiedzą wielu rzeczy. Ile czasu gotuje się makaron, skąd bierze się deszcz i po co w ogóle myć zęby? Na przykład. Więc to, jak i inne gafy, zwyczajnie się im wybacza.
Mojemu miastu też dużo się wybacza. Korki, spaliny, duszący smog. Mylne drogowskazy, przerwy w dostawie prądu, wysokie ceny, niskie standardy. Słabe filmy w dusznych kinach, reklamy, dreptanie w koło i w kółko. Ciemne kąty, ślepe uliczki (i losy), plagi ulotek, epidemie chorób, niedziałające windy. Kręte schody, głębokie kałuże, syreny policyjne z samego rana (syreny morskie wieczorami).
Mojemu miastu się wybacza, bo ono też wybacza.
Bardzo dużo.
Jeszcze więcej.